Dlaczego, niektórzy mężczyźni w dzisiejszych czasach są tak
Inne
Dlaczego, niektórzy mężczyźni w dzisiejszych czasach są tak cholernie zakłamani?
Poznałam faceta, który na początku znajomości wydawał się zupełnie kimś innym. Dopiero po około trzech miesiącach pokazał swoją prawdziwą twarz. Kontrolujący z toksycznymi zachowaniami. Nagle okazało się, że wszystko, co we mnie było dobre, co stanowiło o mojej sile i niezależności, zaczęło mu przeszkadzać.
Najbardziej przerażające jest to, że po rozwodzie zbudowałam siebie od nowa. Odzyskałam poczucie własnej wartości, zaczęłam osiągać rzeczy, z których byłam dumna, nauczyłam się stawiać granice i cieszyć się życiem. Byłam kobietą, która po trudnych doświadczeniach wreszcie zaczęła świecić własnym światłem. A potem pojawił się ktoś, przy kim zaczęłam kwestionować własne osiągnięcia, decyzje i wartość. I to nie dlatego, że byłam słaba. Tylko dlatego, że zaufałam komuś, kto z czasem zaczął sprawiać, że czułam się niewystarczająca.
Paradoks polegał na tym, że na zewnątrz chciał mieć właśnie tę kobietę, którą poznał. Pewną siebie, uśmiechniętą, energiczną, otwartą na ludzi. Kobietę, przy której sam mógł wyglądać na bardziej wartościowego, poważanego i poukładanego faceta. Ale kiedy zamykaliśmy drzwi, to samo światło, które tak bardzo go przyciągało, nagle zaczynało mu przeszkadzać. Jakby chciał mieć przy sobie silną kobietę, ale tylko pod warunkiem, że będzie silna na jego zasadach, a w relacji stanie się mniejsza od niego.
I wiecie, co jest w tym wszystkim najgorsze? Że ja te mechanizmy znałam. Widziałam czerwone flagi. Rozmawiałam z nim o terapii, o pracy nad sobą, o odpowiedzialności za własne zachowanie. Próbowałam tłumaczyć, że relacja nie polega na tym, że jedna osoba ma się nieustannie dopasowywać, podczas gdy druga nie widzi w sobie absolutnie niczego do zmiany. Ale dla niego rozwiązaniem każdego problemu było to, żebym zmieniła się ja. Żebym była bardziej taka, jakiej potrzebował. Żebym dawała więcej, rozumiała więcej, ustępowała bardziej.
A jednocześnie słyszałam, że jestem niewystarczająca.
Zastanawiam się, skąd biorą się tacy mężczyźni. Facet zbliżający się do czterdziestki, a emocjonalnie momentami jak dwunastolatek, który nie potrafi poradzić sobie z frustracją, zazdrością, odrzuceniem czy tym, że świat nie kręci się wyłącznie wokół niego. Czy naprawdę można przeżyć tyle lat i nadal nie rozumieć, że dojrzałość to nie wiek, praca, pieniądze ani umiejętność załatwienia komuś kilku spraw?
Bo tak, logistycznie potrafił mi bardzo pomagać. Mogłam na niego liczyć w wielu praktycznych kwestiach. I tego nie zamierzam negować. Ale można być pomocnym w codziennym życiu i jednocześnie kompletnie nie umieć budować bezpiecznej relacji emocjonalnej. Można zrobić komuś zakupy, pomóc coś przewieźć, rozwiązać problem, a potem sprawić, że ta sama osoba zacznie wątpić w siebie. Jedno nie wyklucza drugiego.
I jeszcze jedno: kobieta, która ma dzieci, nie przestaje być matką tylko dlatego, że pojawił się w jej życiu mężczyzna. Moje dzieci będą priorytetem. Moja praca również jest ważna, bo to ona daje mi stabilność i bezpieczeństwo. Nie oznacza to, że nie mam miejsca na miłość, bliskość, randki czy wspólne wyjścia. Oznacza to, że jestem dorosłą kobietą z odpowiedzialnością, której nie porzucę dla czyjegoś ego.
Najbardziej uderzało mnie jednak to, że nie chciał naprawdę wejść w moje życie. Stronił od moich znajomych, szukał wymówek, nie chciał być częścią świata, który budowałam przez lata. A jednocześnie pojawiały się sytuacje, w których czułam, że mam wybierać między nim a ludźmi, którzy byli przy mnie wtedy, kiedy przechodziłam przez najtrudniejsze chwile. Ludźmi, którzy mi pomagali, wspierali mnie i znali mnie na długo przed jego pojawieniem się.
I za co miałabym ich odrzucić? Za to, że ktoś nie potrafił znaleźć dla siebie miejsca w moim życiu bez próby przestawiania go pod siebie?
Nie oczekuję od mężczyzny, że będzie idealny. Nie szukam kogoś bez wad. Szukam człowieka, który potrafi spojrzeć na siebie krytycznie, przyznać się do błędu, przeprosić bez odwracania kota ogonem i rzeczywiście coś zmienić. Kogoś, kto rozumie, że związek to nie konkurs, w którym trzeba udowodnić, kto ma większą władzę, kto bardziej kocha i kto powinien się bardziej poświęcać.
Nie chcę być niczyim trofeum. Nie chcę być kobietą, która dobrze wygląda u boku faceta, podnosi jego status i sprawia, że inni postrzegają go lepiej, ale za zamkniętymi drzwiami musi walczyć o prawo do bycia sobą.
Chcę partnerstwa. Nie wychowywania dorosłego mężczyzny. Nie terapii prowadzonej przeze mnie w domowym zaciszu. Nie ciągłego udowadniania, że jestem wystarczająco dobra, żeby zasłużyć na normalne traktowanie.
I chyba właśnie to jest dla mnie najbardziej gorzką lekcją: można kochać kogoś, widzieć w nim potencjał, rozumieć jego problemy i dawać mu szanse, a mimo to w końcu uznać, że to za mało. Bo sam potencjał nie buduje związku. Robią to czyny, odpowiedzialność i gotowość do pracy nad sobą.
I teraz naprawdę chcę zapytać: skąd bierze się to przekonanie u niektórych
Komentarze
Ładowanie komentarzy...